W sumie tak sobie teraz myślę, że jakbym nazwała post - Dom Wariatów - to w sumie fajnie by pasowało ... Patrząc na Mikę jak gania swój własny ogonek mam wrażenie, że tak wyglądają moje dni ... oczywiście wariactwo zaczyna się wraz z rokiem szkolnym ... na wakacjach wstaję sobie sama rano, spokojnie się szykuję i jadę do pracy - wszystko sie toczy leniwie i spokojnie, przyspieszając jedynie czasami w pracy - okres wakacyjny sprawia, że nasi klienci też zwalniają tempo życia ... W tym roku spędziliśmy wakacje na Kos - rewelacja ... no ale było minęło i się zaczęło ...
dzień za dniem leci a ja mam wrażenie, że już nic nie ogarniam ... jeżdżę w kółko wożąc i zawożąc dzieciaki na zajęcia ... mieszkamy w dzielnicy oddalonej od centrum miasta o ok 4 km - tak więc aby cokolwiek załatwić - jeździmy ... Kuba chodzi do gimnazjum nie przypisanego naszej dzielnicy więc na autobusy szkolne nie możemy liczyć więc rano odbywa się akcja pt. 1000 razy wstawaj, a potem piracka jazda przez miasto aby zdążyć do szkoły na 8.00 ... i tak dla przykładu dzisiejszy wtorek: Mąż w pracy od 8.00 do 16.25, a ja w tym czasie:
6.22 - w piżamie, rozczochrana i nieumyta spaceruję z Mikunią po ogrodzie - rosa psia kość, że szok, ale w sumie widzę jak przez mgłę, że dzień sie zapowiada piękny a Mała szaleje po trawie załatwiając swoje potrzeby ,,, śpi pod łóżkiem i następuje głośne przeciąganie się z ziewaniem, a potem wskakuje dwoma łapami na łóżko i nie daj Boże jak sięgnie mojej twarzy ... no więc pośpiesznie wstaję widząc w jej oczkach filuterne - wstajesz czy mam sikać w salonie ????
do 7.40 - szykowanie i wyciąganie Jakuba z wyrka - różnymi metodami - nawet metoda na Mikę nie działa - wpada mu do łóżka i następuje taki wybuch radosnego szczekania, lizania i kopania, że Kuba nie nadąża się oganiać ... w tym czasie Ola posłusznie wstaje i gotowa o 8 wychodzi - szkołę ma praktycznie za płotem, a lekcja zaczyna o 8.10..
7.45 - prujemy do szkoły - nasza dzielnica wygląda teraz jak zaraz po wojnie - Miasto zafundowało nam kanalizację i przy okazji wymianę rur wodnych - wszystko jest rozkopane i rozprute, część uliczek zamkniętych - mijamy się na piaszczystych drogach z koparami, wywrotkami i innymi zawalidrogami ... tak więc wyjazd na najbliższą w miarę normalną drogę trwa dużo dłużej niż zwykle ...
8.00 - ląduję w biurze ... chwila na oddech i zaczyna się ... pracuję z ludźmi i dla ludzi ... w dzisiejszych czasach to naprawdę mało komfortowa praca.... przez pryzmat 16 lat tej pracy mam wrażenie, że ludzie stają się coraz bardziej negatywnie nastawieni do życia ... nic ich nie interesuje oprócz własnego czubka nosa ... sfrustowani i bez szans na lepsze jutro ... naprawdę wielką walkę toczę sama ze sobą aby nie ulegać tym nastrojom ...
i dalszy ciąg dnia to:
15.30 - zabieram Kubę ze szkoły i gnam do domu, szybki obiad dla dzieci, wysikiwanie Miki i o 15.50 wyjeżdżamy - Ola na zajęcia plastyczne, Kuba na siłownię ...
wrócę do domu gdzieś o 16.30 .... i chwila tylko dla mnie i Mikuni ... do 17.45 - ruszam na gimnastykę w międzyczasie wróci Mąż z Kubą - przejmują opiekę nad Małą .... o 19 kończę zajęcia i odbieram Olę z kółka i w domu lądujemy 19.30 .... i jeszcze TYLKO obiad na jutro, prasowanie, ogranięcie chałupy ... a ogród czeka ....
i tak wygląda wariacja w czystym jej wydaniu ....
i jeszcze mała kaszanka - Mikunia jutro miała mieć kolejne szczepienie i chyba guzik z niego - ma katarek - zbyt dużo "kąpieli" w porannej i wieczornej rosie .... psia kość .... oby się tylko nie rozwinęło - ja oczywiście umieram z niepokoju ... jutro jedziemy na wszelki wypadek do weta ...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz